[ Pobierz całość w formacie PDF ]

będzie obniżał wartość klejnotów jak tylko się da! Jak poradzi sobie z nim biedny Jerzy?
Biedny Jerzy?... A kto chwalił się wiosną, nad grobem swego ojca, że jest dobrze
przygotowany do zawodu?
Aż tak dobrze? No, no! Nie doceniłem cię, kolego! Ale już wiem, skąd twoje samotne
noce w kabinie  Trolla ! Szacowałeś podczas nich, klejnot po klejnocie, skarb Hasan-beja.
Dlaczego tylko ukrywałeś go w tak niepewnym schowku? Czyżby w myśl zasady, że
najciemniej jest pod latarnią! Cóż, punkt dla ciebie.
Bo nie wiem, czy gdybym domyślał się ukrycia skarbu na  Trollu , to nie przyszłaby
mi do głowy brzydka myśl o włamaniu się do kabiny tej maszyny regatowej! No nic! Było,
minęło!
Tymczasem spotkanie na  Nimfie przeciągało się. Nic zresztą dziwnego.
Oszacowanie, choćby jak najbardziej pobieżne, cennej zawartości skromnej torby to nie
przeliczenie garści drobniaków! Jeśli dodamy czas konieczny na ustalenie wartości, która
urządzałaby obie strony...
Postanowiłem przebrać się w swoje zwykłe ciuchy, tym bardziej że zachmurzyło się i
zacząłem w swym  upalnym stroju zwracać na siebie uwagę. Zresztą i przy polonezie nie
traciłem z oczu wyjścia z portu. Przebrałem się i wpadłem na pomysł, żeby rozejrzeć się po
parkingu. Jubilerzy, którzy by dokonali szybkiej i trafnej wyceny tylu klejnotów nie rodzą się
na kamieniu. Tak więc  Trzeci przyjechał tu spoza Giżycka. Najprawdopodobniej z
Warszawy. Czyli warszawska rejestracja i elegancki samochód. Obejrzałem, co też
zaparkowano przed  Dalbą i wytypowałem cztery samochody: dwa mercedesy, BMW i
volvo, choć wszystkie nie najnowszych modeli. Człowiek o ustalonej renomie, jubiler tej
klasy, nie będzie zmieniał samochodu co roku, aby się popisać! Zresztą, jeśli się pomyliłem,
to jest jeszcze szansa naprawienia błędu, gdy  Trzeci będzie odjeżdżał!
Wróciłem na swój punkt obserwacyjny. Minęła szósta, siódma. Nawet strażnik
 Nimfy nie mógł wytrzymać na swym krzesełku i zaczął wędrować po molo od końca do
końca. Pomyślałem o czekającej w  Asie Annie. Jeśli Jerzy nie zaplanował ciekawie
wieczoru, to sytuacja zaczynała grozić poważną kłótnią tej uroczej pary!
Minęła ósma, dziewiąta. Zapaliły się portowe latarnie, a ja poczułem głód. Ale teraz
było już za pózno na przerwanie obserwacji. Przetargi na  Nimfie mogły się skończyć lada
chwila!
No, jeszcze godzina i otworzyły się drzwiczki kabiny jachtu Nowickiego! Dochodziła
północ. Przycisnąłem lornetkę do oczu, ale niepotrzebnie. Trzej dżentelmeni zeszli na
nabrzeże i ruszyli w kierunku wyjścia z portu. Sługus człapał za nimi. Poderwałem się ze
swego miejsca i pobiegłem ukryć się za stertą desek, wzdłuż których mieli przechodzić. Tutaj
przez chwilę miałem ich tuż, tuż. No i mogłem usłyszeć choć fragmencik rozmowy!
Zerknąłem przez szczelinę między deskami. Nadchodzili! Nawet zatrzymali się na
chwilÄ™ opodal!
Spojrzałem na Jerzego. Twarz miał jeszcze ściągniętą złym grymasem, jak
przedwczoraj w nocy, gdy obiecywał zemstę. Ale w oczach, jeśli nie zmyliło mnie światło
rtęciówki, dostrzegłem wesoły błysk.
- No cóż, panie Jerzy - sapnął Nowicki - gratuluję. Jeszcze trochę takich targów, a
zamiast odzyskać dług byłbym winien panu sporą sumkę.
- O tak! - zaszemrał  Trzeci . - I ja nie spodziewałem się, że w tak młodym człowieku
spotkam tak trudnego przeciwnika, czym z myślą o przyszłości się martwię, i znakomitego
fachowca, z czego, jako członek naszego cechu i miłośnik szlachetnych kamieni, bardzo się
cieszę! -  Trzeci lekko skłonił głowę.
- Dziękuję panom! - Jerzy uśmiechnął się zimno. - Panu, panie...
- Cy, cy! - cmoknął  Trzeci . - Bez nazwisk, jeśli łaska. Jestem tu incognito.
- ... tak więc dziękuję panu, panie rzeczoznawco, za tę pouczającą lekcję wiedzy o
klejnotach i ukazanie mi, jak należy je kochać.
- Nie gadaj tyle, twardzielu! - wtrącił rechocząc Nowicki. - Tyś niby pobierał lekcje, a
ja za nie zapłaciłem stratą na twoim długu!
- Panu, panie Januszu - choć Jerzy nadal się uśmiechał, dostrzegłem, jak zwężają się
jego i tak wąskie wargi - winien jestem wdzięczność za przedłużenie terminu spłaty
należności o kilka dni...
Nowicki parsknął śmiechem, ale zreflektował się i przybrał nobliwy wyraz twarzy.
- Mam nadzieję - Batura zniżył głos jakby do grozby - że to ostatnie nieporozumienie
między nami. Zresztą będę nadal starał się wyjaśnić wszystko do końca. Ze swej strony
gwarantujÄ™...
O, Boże, jaki zły może być spokojny głos człowieka!
- ...że jest to nieporozumienie ostatnie!
- Hm, hm, hm... - zachrząknął Nowicki, jakby coś zacisnęło mu się na gardle.
 Trzeci , odwrócony lekko w stronę latarni, przyglądał się swoim paznokciom.
ROZDZIAA DZIEWITY
SPÓyNIONE %7Å‚ALE " CZY MAM USUN  BADZIEWIE Z JACHTU
SZEFA " POPIELNO NA KURSIE  KRASULI " A JUTRO
WARSZAWA NA MOIM " %7Å‚EGNAJ,  VICTORY " BIEDNY KUCYK
MAESTRO ANTONIA " BATURA PRZYJACIELEM ZWIERZT "
CUDA POPIELNA " PAN TOMASZ RATUJE  MAKA "
TAJEMNICZE DREWIENKO PAYWA NADAL
Kolejny dzień w stolicy Wielkich Jezior zaczął się podobnie ponuro jak poprzedni -
Zośka uraczyła nas na śniadanie płatkami kukurydzianymi. Nie cierpię! Odwzajemniłem się
obszerną a smutną opowieścią, jak to skarb Hasan-beja zmienił właściciela, co popsuło humor
pozostałym członkom ekipy.
- Po raz pierwszy Pan Samochodzik dostał w... bagażnik! - zaśmiał się smętnie pan
Tomasz.
- Po tylu sukcesach jedna wpadka niewiele znaczy - wzruszyłem ramionami. - Co
innego ze mną. Zaczynam swą robotę od klęski!
- A my od niej zaczynamy dorosłość! - zakpił Jacek.
Tylko Zośka  wiosłowała płatki aż miło:
- Może jeszcze nie wszystko stracone... - oblizała łyżkę.
- Zachowuj się przy stole! - zgromił ją brat.
- ...a może tylko mi się wydaje - dokończyła cichutko, kładąc grzecznie łyżkę obok
talerza.
Szef zamyślił się:
- Sądzę, drogi Pawle, że mimo wszystko zbytnio się obwiniamy. Odczytaliśmy szyfr
Hasan-beja, nad którym bezskutecznie łamało sobie głowy wielu mądrych ludzi...
- Ale nie ten jeden. Batura! - zgrzytnąłem zębami.
Wódz poklepał mnie po ramieniu:
- Dostał do ręki pochwę kindżału wcześniej niż my. I tylko o tyle nas wyprzedził!
- Na mecie nie liczy się, czy ktoś wygrał o sekundę, czy o godzinę. Złoty medal jest
tylko jeden!
- Marudzisz! - pan Tomasz odzyskiwał pogodę ducha. - Nie mógłbyś zmienić tematu?
- Ależ proszę! - zaśmiałem się.
I podzieliłem się z przyjaciółmi troską o Zenka, którego bezskutecznie poszukiwałem
od pewnego czasu.
- No cóż... - szef ziewnął, wcale dobrze udając obojętność. - Tymczasem, droga Zosiu
i miły Jacku, popłyniemy sobie dzisiaj do Popielna... Dawno to wam obiecywałem...
Spojrzałem na pana Tomasza spod oka.  Obok Popielna jest rybaczówka, w której
pracuje Zenek! - pomyślałem. Ale pan Tomasz zachował kamienny wyraz twarzy. Spytał
tylko:
- A ty co planujesz, Pawle? [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • absolwenci.keep.pl
  •