[ Pobierz całość w formacie PDF ]

i był chyba kierowcą taksówki. Po nim wyszedł Szpakowaty. To był facet ubrany z fasonem,
choć w stylu wakacyjnym. Miał na sobie lekkie, jasne spodnie i kwiecistą koszulę z krótkim
rękawem. Spieszył się. W pewnym momencie zatrzymał się przed tarasem i sięgnął do
kieszeni spodni. Wyjął zwitek banknotów i wręczył go (nie uwierzycie!) nadchodzącemu
 Romkowi ! Bingo! Miałem ich!
Wytężyłem słuch, aby wyłapać chociaż jedno słowo z ich rozmowy. Nie za wiele
usłyszałem. Padło jedno słowo, którego byłem pewien -  agat . Pomyślałem wtedy o agacie -
kamieniu szlachetnym - ale bardzo się myliłem.
Wszystko pięknie. Znalazłem kryjówkę przeciwnika. Nadal nie miałem pojęcia o
zakresie działalności tych ludzi, lecz zdobyłem wielki atut w rozgrywce z nimi. Poznałem ich
kryjówkę. Wyglądało na to, że Szpakowaty opuszczał willę na dobre. Wsiadł do taksówki,
trzasnął drzwiami i samochód ruszył alejką w kierunku wąskiej bramy. Nie miałem żadnych
szans, aby go dogonić. Miałem za to  Romka . Liczyłem też, że w owej willi znajdę Stefana.
 Romek odprowadził wzrokiem taksówkę, rozejrzał się na boki i zapalił papierosa.
Leniwym krokiem ruszył do domu. Pokonał schodki tarasowe i zniknął wewnątrz willi.
Nie znałem planów  Romka . Bałem się, że jeśli oddalę się, aby zawiadomić policję,
w tym czasie  Romek może opuścić kryjówkę. Niewykluczone, że ze Stefanem. Podjedzie
jakiś samochód, na przykład biały opel, i zabierze drania wraz z porwanym Stefanem do innej
kryjówki.
Leżąc w paprotkach, podjąłem męską decyzję. Wchodzę. Musiałem uwolnić Stefana.
To było teraz najważniejsze.
Przelazłem przez siatkę nie bez pewnych problemów, gdyż wyginała się na boki, jakby
chciała mnie zrzucić, a następnie ruszyłem na ugiętych kolanach w kierunku willi. I wtedy
wyskoczył mi naprzeciw pies, którego nie zauważyłem zza ogrodzenia. Był to rottweiler. Ten
potwór musiał wylegiwać się pod tarasem albo pod tujami. Biegł w moją stronę, a ślepia miał
pełne złowrogich błysków. Nie wiedziałem co robić. Pies znajdował się już dziesięć metrów
ode mnie, wściekle szczekał, warczał i ślinił się, więc błyskawicznie wyciągnąłem z kieszeni
pojemnik z gazem. Musiałem się bronić. Rozpyliłem chmurę gazu w momencie, gdy pies
rzucał się do śmiertelnego ataku.
Rottweiler natychmiast się zatrzymał. Kichnął zabawnie. Raz i drugi. Kręcił się potem
w kółko, popiskując i skomląc na przemian, aż zrobiło mi się go żal. Ale oto pojawił się już
na tarasie wystraszony  Romek . Dojrzał mnie idącego w kierunku domu. Przeniósł szybko
wzrok na poskromionego psa i nie czekając dłużej, zawrócił pędem do willi.
 Co on robi? - pomyślałem ze strachem.  Wrócił po broń?
Jednakże  Romek długo nie wychodził. Dopiero po trzydziestu sekundach
usłyszałem odgłos szybkich kroków po drugiej stronie domu. Odezwał się dzwonek
rowerowy. Polazłem za róg willi. Chłopak jechał na rowerze, nie oglądając się wcale za
siebie. Rottweiler zebrał siły i pobiegł za nim. Zniknęli w leśnej głuszy. Zostałem sam. Z
moim kolanem nie dałbym rady ich dogonić. Lecz to wszystko nie trzymało się kupy!
Pal licho  Romka ! Obszedłem dom ostrożnie. Potem przez taras dostałem się do
przestronnego salonu, umeblowanego raczej skromnie, standardowo. Dom miał drewniane
wykończenie wnętrza, ale mebli nie było w nim za wiele. Ujrzałem stół, krzesła, wersalkę,
duży regał z talerzami i szklankami, w rogu stał mały telewizor, zaś ściany zdobiły futra
zwierząt.
- Stefan! - krzyknąłem. - Jesteś tutaj?!
Usłyszałem jęk człowieka dochodzący z głębi domu. Wyszedłem na korytarz i szybko
zlokalizowałem zródło dzwięku. Kuchnia. Stefana przytwierdzono kajdankami do solidnej
zabudowy zlewozmywaka. Szarpał się wściekle, ale gdy mnie ujrzał, zbaraniał.
- Paweł? - wyszeptał zdumiony. - %7łyjesz!
- Wielkie dzięki.
- Nie ma za co, Stefan! Wczoraj ty mnie uratowałeś, dzisiaj ja ciebie ratuję. Spadł mi
kamień z serca. Policja cię szuka!
- Doprawdy? I co? Jest jak zwykle bezradna?
- Zaraz cię uwolnię.
- Jak chcesz otworzyć te kajdanki? - martwił się. - Ten łobuz uciekł nie zostawiwszy
kluczyka.
- Uspokój się. Noszę ze sobą uniwersalny klucz.
Wyjąłem ów kawałek specjalnie skręconego drutu, zwanego wytrychem, i szybko
uporałem się z kajdankami. Stefan odetchnął z ulgą. Nie wyglądał na zmaltretowanego, ale
widać było, że pobyt w willi zmęczył go.
- Dobra - masował nadgarstki. - Zmykajmy stąd.
- Nie ma tu nikogo więcej? - rozejrzałem się po ścianach.
- Chyba nie. Ty, a jak w ogóle znalazłeś to miejsce?
Opowiedziałem mu w skrócie, jak do tego doszło.
Wkrótce pomaszerowaliśmy lasem w stronę cumującej przy brzegu omegi. W drodze
poinformowałem Stefana, że odnalazłem  Kuriera . Cieszył się jak dziecko, lecz nawet nie
zapytał - gdzie? Cały czas był skołowaciały i ciężko dyszał. Zmartwił się na wieść o
poszukiwaniu go przez policję.
- Dranie, którzy mnie porwali, kazali mi siedzieć cicho - wyznał zmartwiony. - Inaczej
nie dadzą mi spokoju. Zrób to dla mnie, Pawle, i nie mów nikomu o porywaczach. Nawet
policji. Błagam cię. Oni gotowi są na wszystko, rozumiesz? Załatwią mnie!
Przez chwilę szliśmy w milczeniu.
- Rozmawiałeś z nimi? - zmieniłem wreszcie temat. - Z  Romkiem albo tym
szpakowatym gościem, który odjechał?
- Z tym starszym. To jakiś gangster. Lepiej z nim nie zadzierać.
- Słyszałeś, o czym rozmawiali?
- Nie za bardzo. W nocy położyli mnie na leżance w piwnicy. Dopiero rano
zaprowadzili do kuchni i nakarmili. Pytali o ciebie, kim jesteś, ale nic im nie powiedziałem.
- Widzieli nas razem?
- Domyślili się, że nie jestem policjantem i fortelem uwolniłem cię z domku nad
zatoczką. Wypatrzyli kotwiczącego w zatoczce  Kuriera i złapali mnie. Dostałem w łeb i już.
- Może gdybym mógł przyjechać o szóstej, tak jak się umawialiśmy, wszystko
potoczyłoby się inaczej. Ale ktoś popsuł mój wehikuł.
Na moją prośbę Stefan opowiedział o swoim porwaniu. Było tak - porywacze
nadpłynęli  Alfem przed zmierzchem i wskoczyli na pokład  Kuriera , zanim Stefan
cokolwiek zrobił. To był  Romek i ten Szpakowaty. Mieli broń. Kiedy znalazł się na
pokładzie ich jachtu, dostał kolbą w głowę i stracił przytomność. Obudził się w piwnicy willi.
Po odzyskaniu przytomności pytali go o powód, dla którego interesował się domkiem? Nie
pozostało mu nic innego jak udawanie głupiego turysty szukającego rozrywki. Rankiem
usłyszał wołanie o pomoc i chciał zabawić się w szeryfa. Ot i wszystko! Słowem nie
wspomniał o sprawie Bafometa, choć nie miało to już żadnego znaczenia. Przeciwnicy
bowiem dobrze wiedzieli, po co przyjechałem na zamek.
- Trzymali mnie i nie wiedzieli, co ze mną zrobić - opowiadał dalej.
- Pewnie wypuściliby mnie pod wieczór, bo obawiali się chyba policji. Namieszałeś, [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • absolwenci.keep.pl
  •