[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Chodziły słuchy, że jej kariera dobiega końca, ale kto mógł to wiedzieć na
pewno? Wiceprezydent bawił w namiocie tanecznym, podrygując z żoną w takt
melodii, do której kroki nie zmieniły się pewnie od czasu, kiedy poznali się na
popołudniowej potańcówce w szkole średniej. W środowisku waszyngtońskim
poczytywano mu za plus, że łatwiej przychodziło wyobrazić sobie jego żonę
romansującą z innym mężczyzną, niż jego spotykającego się z kochanką.
Wszędzie roiło się od dziennikarzy, którzy masowo podpierali maszty
namiotów, rozmawiając głównie między sobą - bo któż mógłby być bardziej
interesujący? Powtarzała się wśród nich opinia, że prezydent jest skończony;
sondaże wykazywały dobitnie, że jego pozycja słabnie z dnia na dzień, przy
czym, jak ktoś powiedział, nie chodziło o to, co faktycznie zrobił, tylko co się
ludziom wydawało. Nie, to zupełnie nie tak, zaoponował ktoś inny. Najgorsze
było to, że prezydent nie przeprosił szczerze za to, co wydawało się, że zrobił.
Dziennikarze wiedzieli wszystko, nie wiedząc nic. Nie spotkałoby się już ich w
barze sałatkowym, gdzie kiedyś na wyścigi pałaszowali darmowe krewetki. Już
nie. Osiągnąwszy mistrzostwo w zawodowej bierności, zarabiali więcej niż
wielu biznesmenów i prawników. Ja też byłem jednym z nich. Dlaczego ich tak
nie lubiłem?
Obok mnie przepłynęła właścicielka  Podglądacza" w żółtej bufiastej
sukience, która pasowałaby jakiejś dawnej gwiazdce telewizyjnej, takiej jak
Dinah Shore czy Florence Henderson. Wyglądała w niej wspaniale, w ten
absolutnie sztuczny sposób, jaki przeminął wraz z tamtymi czasami. Szła
uwieszona u ramienia Samochodowego Sprzedawcy Roku, którego mieliśmy
zamiar przedstawić w gazecie kilka numerów wcześniej i którego w ostatniej
chwili zastąpiliśmy Galvinem. Wyglądało na to, że Sprzedawca Roku rozstał się
właśnie z żoną i zaczynał pojawiać się w towarzystwie. Może jednak zdarzają
się szczęśliwe zakończenia...
Przeszedłem do kamiennego murku nad rzeką. Księżyc wzniósł się wyżej,
oblewając trupiobladym światłem wolno toczącą swe wody rzekę. Chciałem
odpocząć; cały ten niezasłużony awans i niechlubna sława strasznie mnie
męczyły. Nagle, bez wyraznej przyczyny, ludzie zrobili się dla mnie mili i
uprzejmi, ja zaś miałem ochotę odburknąć każdemu przymila-jącemu się
dupkowi:  A gdzie się podziewałeś przedwczoraj, kiedy byłem żałosną
marionetką bez pieniędzy i w rozsypującej się hondzie?"
Zamiast tego jednak ściskałem im dłonie i odpowiadałem półuśmiechem na
życzenia wszelkiej pomyślności. To był zły znak.
Niedaleko ode mnie, przy murze zatrzymało się dwóch pogrążonych w
rozmowie mężczyzn. Jednym z nich był Galvin. Spoglądał na drugi brzeg rzeki,
na odległe światła Waszyngtonu i popijał szampana. Jego towarzysz cały czas
mówił; przysiadł na murku poniżej Galvina. Miał pokazny brzuch, rzednące
blond włosy i zmęczony wyraz twarzy. Był chyba mniej więcej w wieku
Galvina - pod pięćdziesiątkę - ale wyglądał znacznie starzej. W ręku trzymał
dużą szklankę whisky, a ja nie potrzebowałem wiele czasu, żeby się
zorientować, że jest mocno wstawiony. Chwilę trwało, zanim rozpoznałem w
nim Howarda Bacona, redaktora naczelnego  Suna".
- Jestem za stary na uprzejmości - mówił właśnie. - Za dużo strawiłem lat w
tej robocie, pod zbyt wieloma właścicielami. Dlatego też pytam wprost: co
zamierzasz zrobić z gazetą?
- Ulepszę ją - odrzekł Galvin. - A ty i twoi ludzie mi w tym pomożecie.
- Aadnie powiedziane. Trudno się z tym nie zgodzić. Ale dla kogo będzie
lepsza? Dla ogłoszeniodawców, którzy klną nas w żywy kamień? Dla
prezydenta, który dzień w dzień skamle, że nie zachowujemy się wobec niego
uczciwie? A może dla jego przeciwników w Kongresie? Albo dla Czarnej Kliki,
Amerykańskiego Komitetu %7łydowskiego, Stowarzyszenia Emerytów, klubu
absolwentów Yale... Kogoś pominąłem?
Nie ulegało wątpliwości, że jest zdrowo napruty.
- Dla czytelników - odparł łagodnie Galvin.
- Ależ oczywiście, oczywiście. Nie zwracaj uwagi na moje gadanie. Za
dużo się w życiu najezdziłem i zużyte opony czasem piszczą bez powodu.
Przyznaję też, że niedobrze mi się robi, kiedy słyszę te wszystkie skargi na
gazetę, naprawdę. Jedno przemawia na naszą korzyść: wkurzamy wszystkich,
więc chyba odwalamy dobrą robotę, nie?
Galvin zmarszczył brwi.
- Nie do końca rozumiem, dlaczego wkurzanie wszystkich po równo ma
być dla nas dobre, Howardzie. Czemu myślisz, że ludzie powinni cię
nienawidzić? Może faktycznie mają powody, żeby nie lubić  Suna"; będziemy
musieli o tym porozmawiać.
- Absolutnie. Bez wątpienia. O wszystkim porozmawiamy, w końcu to ty
jesteś teraz szefem. Robiłem, co mogłem, żeby gazeta była lepsza, ale powiem
ci coś szczerze: czasem popadam w rutynę, zapominam, po co wybrałem sobie
taką pracę. Pióro stępiało, obraz świata się rozmazuje... Rozumiesz, o co mi
chodzi? - Bacon podniósł wzrok na Galvina. -Nie, nie sądzę. Ale dla nas to
wcale nie jest łatwe. Wszystkim przydałby się zastrzyk energii i nowe pomysły.
Chciałbym tylko mieć pewność, że będą sensowne.
Bacon przemawiał smętnym, zamyślonym głosem, jakiego mężczyzni uczą
się w średnim wieku, kiedy biorą się za rozrachunek z życiem i okazuje się, że
nie wszystkie pozycje się zgadzają. Zaczynałem już dostrzegać coś podobnego
wśród znajomych po czterdziestce - ten pusty, nieobecny wzrok, to poczucie
niespełnienia. Ciekawe jednak, że nigdy nie zauważyłem tego u Galvina; ten
człowiek w dalszym ciągu piął się w górę, szukał, miał ambicje. Pytanie:  Czy
to wszystko?" nawet przez myśl mu nie przeszło. Gorycz Bacona znudziła go,
więc zmienił temat:
- Co mówią ludzie w redakcji? Mam na myśli reporterów i redaktorów: co
sobie myślą?
- Prawdę mówiąc, srają w portki ze strachu. Nie wiedzą za wiele o tobie,
ale to, co słyszeli, na pewno im się nie podoba. Boją się, że wylejesz masę ludzi,
podzielisz ekipę na zespoły, które zajmą się tworzeniem nowych działów...
 Dzisiaj w telewizji",  Ciekawostki z zagranicy" i tak dalej... i gazeta oklapnie.
 Sun" podoba im się taki, jaki jest teraz; są z niego dumni. Nie chcą widzieć, jak
się zmienia. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • absolwenci.keep.pl
  •